czwartek, 3 września 2015

Dla dziecka wszystko

Ona, Aniela, nie miała w swym życiu mężczyzny, który mógłby stać się ojcem przyszłej fasolki w jej łonie.
Ale... ale miała go Maria.
Tak. Te słowa w końcu padły w splątanym strumieniu myśli potencjalnej matki. I przeszyły jej jaźń jak błyskawica piorunochron.
O, Losie! Czy działasz na mą korzyść? Czy snujesz przędzę mego żywota choć raz ku mej korzyści? Marii nie ma w domu. Wyjechała do miasta i zanim wróci na włości Papajowej Willi, minie jeszcze czas. Teraz nadarza się szansa. Być może niepowtarzalna. Być może jedyna. Czy ma w sobie jeszcze tyle odwagi, by zerwać zakazane dziecię z drzewa poznania?
Tak. Oczywiście, że tak. Od dawna nie tyle wiedziała, co czuła sercem i jajnikami, że dla dziecka zrobi wszystko. Wszystko poświęci. Do wszystkiego się zniży. Aby wyjść w światło, pogrąży się w najgłębszym cieniu.
Chciałoby się rzec „niewiele myśląc udała się do pokoju Marii”, lecz byłaby to nieprawda, gdyż Aniela wiele myślała.
Pełna lęków i nadziei otworzyła szafę swej siostry bliźniaczki i odnalazła w niej ubrania. Pośród workowatego ochędóstwa odnalazła najponętniejsze, i to w nie się przyodziała.
Jakie szczęście, że włosy miała dłuższe niż Maria! Chwyciła nożyczki do paznokci i szybko ścięła je do odpowiedniej długości. Wyszło jej to trochę krzywo, lecz nie zauważyła błędu swej precyzji przytłoczona stresem i pośpiechem.
Tak przygotowana sięgnęła po miksturę płodności darowaną jej przez wróżkę Katarzynę M. Kiedy tylko słodka jak macierzyństwo ciecz dotknęła brzegu jej warg, Aniela poczuła się przygotowana. Poczuła w sobie siłę. Jej wnętrze promieniowało pewnością siebie.
Teraz pozostawało tylko odnaleźć Saszę.
Nagle, niespodziewanie jak samochód na pasach na zielonym świetle dla pieszych, Aniela usłyszała głos. Jego głos.
- Maria? Już wróciłaś?
O, Losie! Po raz drugi dzisiaj!
Miała ochotę paść na twarz przed Astralnym Przeznaczeniem Gwiazd w spazmach dziękczynnych.
Aniela nie wyrzekła nawet słowa, po prostu podeszła do niego i językiem ciała skłoniła do pocałunku, któremu ten poddał się nad wyraz chętnie, tylko z początku okazując zdziwienie tym nagłym wylewem namiętności; przypływem erotyki nad szare plaże dnia.
Po zainicjowaniu bliskości Aniela niewiele więcej musiała robić, gdyż Sasza okazał się być chętny do współpracy. Być może Maria okazywała mu oziębłość w ostatnich dniach.
Kochanek rzucił ją, w połowie już rozebraną, za pomocą zręcznych dłoni jej własnych i jego, na łoże małżeńskie, na którym Aniela poczuła się jak na łożu madejowym, gdyż zapłonęła w niej iskierka wyrzutu sumienia, szybko ugaszona przez czułości Saszy. I wtedy zaczęła czuć się najlepiej na świecie, gdyż Sasza nie uprawiał z nią po prostu seksu, on okazywał jej Miłość zarezerwowaną dla jego żony. Szczęście takiego zbliżenia mąciła jednak siejąca smutek myśl, że jest to pierwszy, i zapewne jedyny raz, kiedy taka Miłość jest jej okazywana, że nikt nigdy tak jej nie kochał, i zapewne nie pokocha, że najwspanialsze chwile z jej życia to chwile skradzione siostrze. Mąż Marii przemierzał wpław jej archipelag namiętności, szukając bezpiecznej przystani, portu zwanego rozkoszą.
Kiedy Sasza przelewał w nią swą miłość, starała się nie myśleć o smutnych aspektach swego szczęścia, tylko poddać się czarowi wzajemnej magii roztaczanej przez ich spocone ciała. Była coraz bliżej zapomnienia, coraz bliżej lądu, kiedy dźwięk otwieranych drzwi wyrwał ją z ekstazy.
Oto przed jej oczami, a za chwilę też oczami Saszy, kiedy ten już się odwrócił, stała Maria. Prawdziwa Maria. Tylko przed chwilę. Bo po chwili uciekła.
Nigdy nie widziała w niczyich oczach tyle pogardy i nienawiści, co wtedy w oczach swego, byłego już, kochanka.
I nigdy nie poczuła się tak nieważna, jak wtedy, kiedy ubierał się, lekceważąc jej istnienie zupełnie, aby czym prędzej wybiec do swej żony.
Cóż miała zrobić teraz ze sobą?
Mogła skonfrontować swoje decyzje z rzeczywistością krzywdy...
Mogła, lecz to wymagałoby znacznie więcej odwagi niż potrzeba, by krzywdę bliźniemu zadać.
Zamiast tego brnęła dalej drogą niegodziwości do samochodu zaparkowanego przed domem.
Z dźwiękiem spalin odjechała z miejsca zbrodni, nie patrząc na godzące się w ogrodzie małżeństwo, zbijające swą siłą cierń w serce Anieli.
Wolała odjechać, zapomnieć, że kiedykolwiek miała siostrę. Udawać, że zawsze była tylko Gabriela. I tak właśnie powiedzieć swojej córce.
Córce. Tak. Aniela czuła, że kiełkujące w niej życie płeć ma kobiecą.
Matka wie.
Prowadząc, jadąc przed siebie bez żadnego planu, położyła rękę na swym brzuchu, czując, bardziej emocjonalnie niż fizycznie, bicie niewykształconego jeszcze serduszka. Łzy napłynęły jej do oczu. Łzy miłości, szczęścia... ale i żalu. Żalu i zdrady grających w kości o jej duszę z radością nowego życia. Nowego życia dla jej córki, ale także i dla niej.
I już wiedziała, gdzie pojedzie. Dom! Pojedzie do domu, do swojego rodzinnego domu, i tam zastanowi się, gdzie wychowa swoje dziecko. Bo przecież... jutro też jest dzień.
Koniec.

4 komentarze:

  1. Ale jak to :(. Nie mogę ZNIEŹĆ tego, co stało się z Rafałem (<3), Amre i Anielą (zwłaszcza nią, prawdziwie utozsamiłam się z tą uroczą bohaterką) i Zuzanką później...Ja jestem bardzo wrażliwa i krwawymi cierniami rozdziera mi to serce...
    Czekam na sukieniunię, może choć ODROBINĘ mnie pocieszy.
    Pszepiękne ostatnie zdanie. Prawdziwa supernowa Pani geniószu ;(.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak właśnie chciałam mieć jakieś piękne i oryginalne zakończenie. Dziękuję za docenienie tego zabiegu!

      Usuń
  2. Pani Eśko, przy Pani książce spędziłam piękne chwile, nic mnie do tej pory tak nie wzruszyło!!! Dziękuję :)
    PS Liczę mimo wszystko na drugi tom :) ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wykluczam, że napiszę kolejną książkę.
      Ale też niczego nie obiecuję.

      Usuń